Wysokofunkcjonującu

Od dłuższego czasu mam pracę związaną z zarabianiem pieniędzy, zdobyłum stopień naukowy i znalazłum zajebistą dziewczynę (kolejność chronologiczna). Podejrzewam, że spora część rodziców dzieci z zespołem Aspergera uważa, że jeśli ich potomstwu uda się osiągnąć dwie z tych rzeczy, to będzie to sukces. Na szczęście w wielu przypadkach jest to bardzo prawdopodobne. Pracę ma Świetlik z „Pięknych, Bestii i Aspergera”, pracę ma Katja z „Kociego Świata ASD”, aspi wchodzą w szczęśliwe związki, ludzie z zespołem Aspergera odnoszą sukcesy naukowe. I nie tylko naukowe. Jasne, nie każdy aspi radzi sobie w życiu. Niektórzy sobie nie radzą. Niektórzy wymagają bardzo dużej lub stałej pomocy. Tym niemniej zespół Aspergera nie wyklucza samodzielności. Co dla większości rodziców małych aspich jest chyba oczywiste (a jeśli nie jest, to niech poczytają o Johnie Elderze Robisonie). Tym, co oczywiste raczej nie jest, pozostaje to, że samodzielna osoba z ZA wcale nie musi się zawsze i wszędzie zachowywać jak osoba neurotypowa. Samodzielna osoba z ZA może mieć liczne dziwactwa, nie radzić sobie z bardzo wieloma rzeczami, które dla większości neurotypowych są niezbędne do szczęścia, a mimo to mieć udane życie.
Przykład: ostatnie święta Bożego Narodzenia spędziłum z rodzicami w górach, u znajomych, zaprzyjaźnionych górali. Wierzącu nie jestem ani trochę, ale lubię ostry barszcz z uszkami, a sałatkę jarzynową lubię jeszcze bardziej, więc w wieczerzy wigilijnej zazwyczaj udział biorę. W tym roku jednak sałatka jarzynowa w wigilię mnie ominęła. Okazało się, że na kolacji było sporo ludzi, w tym kilkoro dzieci. Ktoś włączył płytę z kolędami. Inni zaczęli głośniej gadać, bo przez kolędy z płyty się nie słyszeli. Ktoś zwiększył głośność kolęd, bo ich nie słyszał przez gadających ludzi. Dzieci zaczęły śpiewać kolędy. Co gorsza, zaczęły je śpiewać razem z moimi rodzicami. Siedzącymi tuż obok mnie. A do tego ludzie zaczęli wychodzić na dymka, po czym siadać do stołu śmierdząc papierochami. Tego było za wiele. Wstałum od stołu, powiedziałum, że się źle poczułum, po czym poszłum do pokoju i przez pół godziny leżałum na łóżku, zanim byłum w stanie iść się przewietrzyć (z czego z kolei bardzo ucieszyła się moja suka). Przewietrzenie się też pomogło tylko w ograniczonym zakresie i jeszcze następnego dnia po południu czułum się zmęczonu. A przecież dla wszystkich poza mną to, co się działo podczas kolacji, było przyjemne. Dla mnie nie było. I nie byłum w stanie wytrzymać tej kolacji do końca.
Pod bardzo wieloma względami funkcjonuję nie lepiej, a być może nawet dużo gorzej niż wiele spośród dzieci z ZA. Np. nie jestem w stanie robić kilku rzeczy na raz. Tzn. wg Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego neurotypowi też mają z tym problemy [źródło], ale ja radzę sobie z multitaskingiem wyjątkowo słabo. Korzystanie ze środków transportu zbiorowego to dla mnie koszmar, o czym zresztą już pisałum. Zdarza się, że muszę iść do pracy w sobotę, bo przez cały tydzień nie byłum w stanie zrobić czegoś, z czym ktoś inny poradziłby sobie bez problemu. Nie byłum w stanie, bo ciągle ktoś mi przeszkadzał lub musiałum przerywać, żeby zająć się innymi rzeczami. Dla większości moich współpracowników nie stanowiłoby to żadnego problemu. Dla mnie kończy się pracą w soboty (z drugiej strony jak już przyjadę do pracy w sobotę i mam spokój, to często w 2 godziny robię coś, co komuś innemu zajęłoby tydzień). Do tego jak się nie dogadywałum z większością randomowych ziomali, tak nie dogaduję się nadal. I długo jeszcze mogłubym pisać o tym, z czym sobie nie radzę, co sprawia mi ból i co mnie przeraża. Ale na razie chyba wystarczy.
Ale zespół Aspergera to nie tylko wady. To również odmienności, które wadami nie są. Np. wybiórczość żywieniowa. I tu też niewiele się u mnie od czasów dzieciństwa zmieniło. Jak nie jadłum mięsa, tak go nie jem nadal. Jak po zjedzeniu śniadania czułum się cały dzień źle, tak nadal bym się czułu, gdybym śniadanie zjadłu. Teraz po prostu tego nie robię. I tak dalej, i tak dalej.
A mimo to, mimo że pod wieloma względami funkcjonuję nie lepiej niż dzieci z ZA, mimo że znacznie się różnię od tzw. normalnych ludzi, od dłuższego czasu mam pracę związaną z zarabianiem pieniędzy, zdobyłum stopień naukowy i znalazłum zajebistą dziewczynę (kolejność chronologiczna). Czyli okazało się, że problemy, o których przed chwilą napisałum, nie mają wcale decydującego znaczenia. Że np. umiejętność dogadywania się z randomowymi ziomalami, której brakiem u swoich dzieci tak bardzo martwią się rodzice, wcale nie jest konieczna do osiągnięcia szczęścia i samodzielności. Za to bardzo się do tego przydają umiejętności, o których rodzice małych aspich myślą stosunkowo rzadko, np. umiejętność programowania. W ogóle obawy rodziców dzieci z ZA kojarzą mi się z law of triviality. Które sparafrazować można następująco:

Im mniej dana zdolność lub umiejętność jest potrzebna w dorosłym życiu, tym więcej się o niej pisze na forach internetowych dla rodziców małych autyków.

Tu oczywiście mechanizm wyjaśniający zachowanie ludzi jest zupełnie inny, ale ja mam takie skojarzenie.

Aha, jeszcze jedno: na tym blogu sporo piszę o sprawach związanych z psychologią i z naukami społecznymi. Napisałum również, że mam stopień naukowy. Nie chcę, żeby ktokolwiek łączył te dwie rzeczy, bo nie są one ze sobą związane. Z wykształcenia jestem inżynierum, a stopień doktora, który mam, jest stopniem doktora nauk technicznych. To tak, żeby nikogo nie wprowadzić przypadkiem w błąd.

Jak szczur pazurem

Jako dziecko bardzo dużo chorowałum. A gdy nie chorowałum, gry i zabawy innych dzieci, np. gra w piłkę nożną, strasznie mnie nudziły. Za to uwielbiałum rysować. Rysowałum dla przyjemności i dla zabicia nudy. W czasie wolnym i na lekcjach lub podczas nieudanych wakacji. Nie byłum wybrednu, gdy chodziło o miejsce i czas. Za to miałum wyraźne preferencje, gdy chodziło o narzędzia: nie lubiłum kredek, w wieku przedszkolnym używałum głównie flamastrów, a później przerzuciłum się na pióra i długopisy. Lubiłum również ołówki automatyczne. I gdy miałum wybór, rysowałum praktycznie tylko na kartkach w kratkę. Ewentualnie na papierze milimetrowym. Czasem jednak wyboru nie miałum, np. na nudnych lekcjach, na których rysować musiałum po kryjomu. Wtedy bazgrałum na marginesach podręczników / zbiorów zadań lub po wewnętrznych stronach okładek tych książek.
Bazgranie na marginesach pozwalało mi zająć czymś ręce. I często prowadziło do powstawania rysunków, które mój ojciec nazywa konferencyjnymi, np. szachownic, szlaczków, wzorów złożonych z figur geometrycznych i innych tego typu rzeczy. Zupełnie co innego powstawało, gdy nikt mi nie przeszkadzał. Gdy warunki były w miarę komfortowe, tworzyłum rysunki maszyn, pojazdów, baz kosmicznych, bunkrów lub zamków. Próbę rekonstrukcji fragmentu mojego rysunku z czasów wczesnej podstawówki zobaczyć możecie poniżej.

Maszyna parowa

Maszyna parowa wg Szczurzątka

Oczywiście moja twórczość, choć często poświęcona była technice, nie miała nic wspólnego z rysunkiem technicznym. I pełno w niej było uproszczeń i błędów. Także na rysunku powyżej one są, tym razem jednak popełniłum je świadomie i celowo (nie pamiętam, czy jako dziecko popełniałum aż tak rażące błędy, a jeśli tak, to kiedy przestałum to robić). Na całe szczęście mój ojciec te błędy wyłapywał i omawiał ze mną najważniejsze z nich. I sporo się w ten sposób nauczyłum.
Niestety, poza moimi rodzicami praktycznie nikt moich rysunków nie rozumiał. Z innymi dziećmi pogadać mogłum sobie tylko tak:
– Co to jest?
– Silnik parowy.
– Brzydki.
Sam jesteś brzydki, kurwa twoja mać. Silniki parowe są piękne. Silniki elektryczne i spalinowe również. Nie jestem silnikowym rasistum, uwielbiam je wszystkie. Ale spalinowe trudno mi się rysowało, choć wiedziałum, jak one działają. Przynajmniej z grubsza. Prawdopodobnie dużo lepiej niż większość dorosłych. Bo większość dorosłych po przeczytaniu „Autobahn nach Poznań” Ziemiańskiego nie zastanawia się, czemu bohaterowie tej książki nie używają diesli (podejrzewam, że zamiast świec żarowych można by zastosować inny system podgrzewania – to, że nikt tego nie robi, wynika tylko z tego, że nie ma takiej potrzeby).
Wracając do moich rysunków z czasów dzieciństwa, widoczna powyżej próba rekonstrukcji pokazuje, oprócz tematyki, szereg cech charakterystycznych dla mojej radosnej, dziecięcej twórczości: proste linie pokrywające się z liniami kratek na kartce lub biegnące od rogu kratki do innego rogu; bardzo mało okręgów; tylko jeden kolor, najczęściej czarny; brak ludzi. Inne dzieci rysowały jakichś ludzi, bohaterów z bajek lub z komiksów, wojowników i księżniczki. Mi ludzie na rysunkach byli absolutnie zbędni. No chyba że rysowałum pole bitwy. Wtedy BPP też była mi potrzebna.
Oprócz rysowania z głowy, lubiłum również kalkowanie obrazków z komiksów (i tu już się pojawiali ludzie. Ewentualnie inne humanoidy, np. małpa Tytus) i przerysowywanie sylwetek okrętów z książki o nowoczesnej wojnie morskiej. Nie lubiłum za to kolorowania kolorowanek. I bardzo nie lubiłum pisać odręcznie.
Tzn. początkowo lubiłum pisać. Początkowo, czyli gdy rodzice nauczyli mnie liter. Ale wtedy były to tzw. drukowane, wielkie litery. A potem poszłum do szkoły i musiałum pisać typowym pismem odręcznym. Bardzo się przy tym męczyłum. I napisanie czegokolwiek zajmowało mi bardzo dużo czasu. W odrabianiu prac domowych najgorsze dla mnie było nie wymyślanie, co napisać, ale samo pisanie tego. Przy czym prace domowe nie były jeszcze największym problemem, bo mając dużo czasu byłum w stanie napisać coś czytelnie. Najgorsze było pisanie na szybko, bo gdy pisałum coś na szybko, często potem samu nie umiałum tego przeczytać. Na szczęście na klasówkach byłum w stanie pisać od razu na czysto, bo zazwyczaj od razu wiedziałum, co chcę napisać lub jak rozwiązać zadania.
Na późniejszych etapach edukacji podręcznikowe pismo odręczne nie było już wymagane. I w związku z tym w ogólniaku wyrobiłum sobie pismo dużo czytelniejsze. Wzorowałum się na druku, wyszło coś zbliżonego do pisma technicznego. I tak piszę do dzisiaj. Przy czym dzisiaj już bardzo rzadko piszę nie na komputerze. Częściej zdarza mi się na kartkach różne rzeczy liczyć lub szkicować. No ale do tego też literki często są niezbędne.
Jeśli chodzi o preferowane przeze mnie narzędzie do pisania, to już od wczesnej podstawówki było to wieczne pióro. Wydaje mi się, że wymaga ono użycia mniejszej siły niż długopis. W każdym razie mniej mi męczy rękę. Bo choć łapy mam silne, choć ciągałum szoty, choć zawisałum na dość trudnych chwytach, to pisząc odręcznie szybko się męczę. Ale, jak już wspomniałum, obecnie nie muszę tego robić zbyt często. I bardzo się z tego cieszę.

O szczurzej rodzinie

W komciach pod ostatnią notką Katji użytkownik o nicku Nerd napisał:

Czytając blogi aspergerowców odnoszę dziwne wrażenie, że kwestie ich rodziców i rodziny są omijane szerokim łukiem. (…) Czy aspergerowcy są aż tak aspołeczni, że nie utrzymują więzi z rodzeństwem i rodzicami? A może boją się utraty anonimowości, obsmarowywania rodziców, albo mają jakieś głębokie traumy związane z relacjami z ojcem i matką? Gdzieś przeczytałem, że w grupie około stu rodzin z dziećmi z ZA, tylko siedem miało ojców.

Odpowiedź na zadane przez Nerda pytanie postanowiłum napisać u siebie na blogu, bo: a) będzie długa, b) niewiele ma wspólnego z notką Katji, pod którą poruszony został temat rodzin aspich. Dla czytających ten wpis rodziców dzieci z ASD (jak już gdzieś wcześniej napisałum, podoba mi się amerykański pragmatyzm i nie zamierzam bawić się w dzielenie spektrum autystycznego na osobne „zaburzenia”) pocieszający może być fakt, że moje relacje z rodzicami są bardzo dobre. Podejrzewam, że lepsze niż większości neurotypowych. Zdecydowanie mniej pocieszające będzie jednak to, że nie zawsze tak było. Ale po kolei.
Wychowałum się w pełnej rodzinie: mama, tata, ja. Byłum dzieckiem chcianym i planowanym, choć bardzo późnym: gdy się urodziłum, rodzice zbliżali się do czterdziestki. I nie wynika to z tego, że nie chcieli mieć dziecka wcześniej. Chcieli, próbowali, ale nic z tego nie wychodziło. Aż w końcu się urodziłum i starania moich rodziców o dziecko zostały zastąpione przez starania o utrzymanie tego dziecka przy życiu. Tak się bowiem składa, że byłum bardzo chorowitu. Np. pod koniec przedszkola o mało co nie zdechłum na jakieś zapalenie płuc czy inny tego typu syf. Mimo tych problemów moja rodzina się nie rozpadła, ojciec nie zostawił mamy ani nie stało się nic w tym stylu. I na tym etapie życia z obydwojgiem rodziców miałum doskonałe relacje. A potem poszłum do szkoły.
I jak tylko poszłum do szkoły, mój ojciec uznał, że powinnum uczyć się umiejętności społecznych i mieć kolegów. Błąd. Poważny błąd. Ponieważ ojciec w młodości był harcerzem i bardzo mu się w harcerstwie podobało, zapisał mnie do zuchów. Skończyło się to oczywiście tak, że ani nie miałum tam kolegów, ani nie uczyłum się tam niczego poza tym, że: a) ludzie są źli i chcą mnie krzywdzić; b) na ojca nie mogę liczyć, bo mimo że mówiłum mu, co się dzieje na zbiórkach, on mnie zmuszał do chodzenia na nie. Na szczęście moja mama nie miała takiego pierdolca na punkcie socjalizacji, więc czasem udawało mi się nie iść na zbiórkę. Potem mama kłamała ojcu, że na zbiórce byłum, a ja miałum spokój. Na szczęście po jakimś czasie ojciec odpuścił i moja zła przygoda z harcerstwem się skończyła.
Niestety, nie oznaczało to, że skończyła się moja zła przygoda z przymusową socjalizacją. Po harcerstwie było m.in. karate. Na które po raz pierwszy zostałum zapisanu na początku podstawówki. I to też był błąd. Ani nie miałum tam kolegów, ani nie rozwinęłum tam żadnej umiejętności społecznej. Żadnej. Nawet tej najważniejszej, czyli odwracania wektorów cierpienia. Tak się bowiem składa, że uderzanie i kopanie w powietrze w żaden sposób nie przełożyło się u mnie na zdolność do obrony przed agresywnymi rówieśnikami. Inna sprawa, że żadna sztuka walki, nawet najskuteczniejsza i najlepiej nauczana, nie sprawdza się dobrze przeciwko tuzinowi napastników.
Do karate wróciłum po wielu latach pod koniec ogólniaka. Tym razem z własnej woli. I tym razem dało mi ono naprawdę dużo, o czym zresztą już pisałum.
Zostawmy jednak karate i wróćmy do tematu. Kolejne próby nauczenia mnie umiejętności społecznych podejmowane przez mojego ojca skończyły się tak, jak skończyć się musiały: zauważeniem przeze mnie faktu, że ilekroć mój ojciec miał wybrać pomiędzy racjonalnym działaniem w moim interesie a irracjonalną i szkodliwą dla mnie wiarą w kolektywistyczną ideologię / mitologię, wybierał wiarę w kolektywistyczną ideologię / mitologię. W pewnym momencie chciał mnie nawet wysłać do szkoły z internatem. Na całe szczęście tego nie zrobił, bo gdyby to zrobił, to całkiem prawdopodobne, że nie czytalibyście obecnie tego bloga.
Dodatkowo mój ojciec kocha żeglarstwo, a ja żeglować nie znoszę. I w związku z tym połowę weekendów w roku traciłum nad zalewem. Przy czym żeglarstwo też miało nauczyć mnie współżycia z innymi ludźmi. Oczywiście nie nauczyło. Nauczyło mnie za to innych rzeczy, dużo przydatniejszych w moim życiu. Np. wiązania węzłów.
Na całe szczęście mój ojciec nie nalegał, żebym jeździłu na kolonie czy jakieś inne obozy. I w związku z tym większości zielonych szkół udało mi się uniknąć, a przed osiemnastką byłum tylko na dwóch obozach: pierwszym, gdy skończyłum podstawówkę (wtedy przedostatni raz widziałum Błyskawicę), i drugim po tym, jak po raz drugi zaczęłum ćwiczyć karate. Na tym drugim już w całości z własnej, nieprzymuszonej woli.
Mimo to jednak nacisk mojego ojca na socjalizację i żeglowanie spowodował, że przestałum mu ufać i zaczęłum go nie znosić. A nasze złe stosunki stały się jeszcze gorsze, gdy uparł się, żebym poszłu do liceum z międzynarodową maturą (pisałum już, że jestem antytalentem językowym?), a nie np. do technikum. A potem zaczęłum ćpać i poprawa stosunków z ojcem stała się na jakiś czas niemożliwa. Na szczęście potem nastąpiła, ale wydarzyło się to dużo później.
Teraz, mając ponad 30 lat, rozumiem, że mój ojciec nie chciał mi zaszkodzić. Chciał dla mnie jak najlepiej. Niestety: a) jego wiara w kolektywistyczną ideologię / mitologię spowodowała, że nie tylko nie próbował załatwić mi nauczania indywidualnego, ale wręcz zmuszał mnie do kontaktów z rówieśnikami w stopniu większym niż wynikało to z obowiązku szkolnego; b) nie był w stanie zrozumieć, że coś, co jemu sprawia przyjemność, nie sprawia przyjemności mi. I w związku z tym dopiero gdy byłum na studiach, zaczęłum mieć z ojcem dobre stosunki.
Mam nadzieję, że rodzice małych autyków (i nie tylko małych autyków, również np. młodych gejów i lesbijek) wyciągną z mojej historii wniosek, że zamiast próbować na siłę zmieniać swoje dzieci, powinni je zaakceptować takimi, jakie są.
A teraz kończę i idę zadzwonić do rodziców. Dzwonię do nich codziennie, mimo że nienawidzę telefonów. Co chyba o czymś świadczy.

Na Wschodzie bez zmian

Z psych* (wyjaśnienie znaczenia określenia „psych*” możecie znaleźć tutaj) miałum mnóstwo złych doświadczeń: a to kazali mi rysować drzewo, a to karmili mnie risperidonem, a to robili mi jakąś inną krzywdę. Np. bezproduktywnie zajmowali mój cenny czas. I w związku z tym do weryfikacji mojej samodiagnozy przez specjalistów od rozpoznawania zespołu Aspergera podchodziłum jak do seksu z jeżem: bardzo niechętnie i bardzo, ale to bardzo ostrożnie. A potem Katja opublikowała wyniki ankiety dotyczącej diagnozy ZA u dorosłych i uległum pokusie, żeby skonsultować opinię „doktora Google” z innym lekarzem. Co okazało się dużo prostsze niż wyglądało na pierwszy rzut oka. I to już od samego początku, bo okazało się, że są w Warszawie ludzie, którzy diagnozują zespół Aspergera u dorosłych i do których nie trzeba dzwonić: poza samą diagnozą i omówieniem jej wyników, cała komunikacja pomiędzy mną a ośrodkiem, z którego usług skorzystałum, odbyła się za pośrednictwem poczty elektronicznej. To było pozytywne zaskoczenie nr 1. Pozytywnym zaskoczeniem nr 2 było natomiast to, że ani psycholog, ani psychiatra nie nalegali na rozmowę z moimi rodzicami (od razu zresztą napisałum, że nie ma takiej opcji). Wystarczyły odpowiedzi na dotyczące mnie pytania udzielone przez bliską mi, ale niespokrewnioną ze mną osobę. Na tym jednak moje szczęście się nie skończyło, bo – pozytywne zaskoczenie nr 3 – obie wchodzące w skład diagnozy rozmowy (z psychologiem i z psychiatrą) odbyłum jednego dnia. W międzyczasie natomiast zostałum poczęstowanu herbatą i dostałum do wypełnienia test z rozpoznawania emocji na podstawie wyglądu głowy. Poświęciłum jedno – fakt, że długie – popołudnie i było po sprawie. Tzn. prawie po sprawie, bo jeszcze zostało mi odebranie i omówienie wyniku diagnozy. Które również odbyło się bardzo szybko i sprawnie. I od tamtego czasu jestem zjebem również oficjalnie.
Wracając na chwilę do testu z rozpoznawania emocji, który dostałum do wypełnienia: jakiś czas temu pisałum o tym, jak niewiele mówią mi cudze oczy. Okazało się jednak, że całe głowy mówią mi całkiem sporo, bo w teście uzyskałum wynik powyżej średniej i tylko nieznacznie poniżej górnej granicy normy (7 sten). Cóż, głupiu nie jestem (choć bardzo wielu tzw. normalnym ludziom wydaje się inaczej), ślepu też nie (choć do strzelania, lutowania i malowania figurek zakładam okulary), a elementy wyrazu twarzy – w przeciwieństwie do elementów wyrazu oczu – można łatwo opisać. No i statyczne obrazki, na których mogłum się spokojnie i w ciszy skoncentrować, to nie szybko zmieniająca się twarz żywego człowieka, który wymaga ode mnie słuchania, mówienia lub czegokolwiek innego poza obserwacją. Ale i tak byłum zaskoczonu swoim dobrym wynikiem.
Wracając jednak do samej diagnozy i jej wyniku, póki co w moim życiu nie zmieniły one nic. Została mi tylko zalecona terapia (oczywiście poznawczo-behawioralna i indywidualna), ale jeszcze nie wiem, czy się na nią zapiszę. Muszę się nad tym spokojnie zastanowić. Jeśli ktoś z Was na taką terapię chodził, to z chęcią przeczytam, jakie były jej efekty. I może nawet wezmę to pod uwagę podejmując decyzję. A na razie idę zamówić sobie pizzę. I obiecuję (również, a może i przede wszystkim sobie) pisać tu nieco częściej.

84.5

Tym razem ani kilogramów, ani metrów nad poziomem morza. Cytując dokument, który otrzymałum po diagnozie:

Rozpoznanie: Zespół Aspergera (F84.5)

Czyli dwie osoby dysponujące odpowiednim do tego wykształceniem potwierdziły moją samodiagnozę. I nie powinno to być dla nikogo zaskoczeniem, bo prawdopodobieństwo, że „doktor Google” popełni błąd, jest odwrotnie proporcjonalne do inteligencji pacjenta. Ale zawsze jest ono niezerowe, więc postanowiłum dać się zdiagnozować profesjonalistom. I okazało się, że naprawdę mam zespół Aspergera.
Oczywiście w moim życiu nie zmieni to absolutnie nic. O rentę ubiegać się nie zamierzam, bo wyciąganie łapy po pieniądze przeznaczone na pomoc ludziom, którzy nie z własnej winy nie mogą pracować, byłoby kurewsko nieetyczne. O taryfę ulgową nikogo prosić nie zamierzam – gdy piszę, że mam ZA, to nie jest to usprawiedliwienie, tylko informacja. Taka sama jak to, że mam trochę za dużo sadła. Na współczuciu mi nie zależy i nie proszę o nie. Tolerancji w stosunku do nieszkodzącej nikomu inności domagam się niezależnie od tego, czy ma ona swój numerek w ICD-10, czy go nie ma. Będzie jak było. Z dwoma wyjątkami.
Po pierwsze, już nie podejrzewam, że mam zespół Aspergera. Teraz to wiem. A ja lubię mieć pewność.
Po drugie, zaglądający na mojego bloga rodzice dzieci z ZA / HFA / ASD otrzymują właśnie potwierdzenie, że ich pociechy / kłopoty są przynajmniej pod jednym względem podobne do mnie. Nie wiadomo tylko, w jakim stopniu, bo nie ma dwóch identycznych Aspich, a to, ile zespół Aspergera ma wspólnego z autyzmem, to temat na artykuł naukowy, a nie na notkę na blogu.
Dużo ciekawiej (ciekawiej w takim znaczeniu, w jakim ciekawe są czasy w starym, chińskim przekleństwie) byłoby, gdyby okazało się, że zespołu Aspergera nie mam. Wtedy musiałubym szukać innego wytłumaczenia swojej odmienności. Z tym że nie istnieją żadne sensowne wytłumaczenia alternatywne (pokąsania przez szczury napromieniowane w czasie katastrofy w czarnobylskiej EJ nie uważam za wytłumaczenie sensowne). Na szczęście jest nudno, a życie przynajmniej tutaj okazało się proste. I żadnego nietypowego wytłumaczenia szukać nie muszę.

O szczurze, co jeździł nie tylko koleją

Dawno nie było u mnie na blogu nic nowego. Ale nie dlatego, że nic się u mnie nie działo. Wprost przeciwnie, działo się tyle, że nie miałum czasu tego opisywać.
Po pierwsze, znalazłum sobie nowe hobby. Już od jakiegoś czasu przymierzałum się do tego, żeby w końcu zrealizować swoje niespełnione marzenie z dzieciństwa i zafundować sobie armię do Warhammera 40,000. Kilka miesięcy temu kupiłum książkę z zasadami i od lipca wiedziałum, że będę zbierać Kosmicznych Marines. Dopiero jednak kilka tygodni temu nabyłum pierwsze oddziały, ostatecznie decydując się na zakon Dark Angels. I potem zajętu byłum sklejaniem i malowaniem figurek. A że moje zdolności manualne są naprawdę kiepskie, to o malowaniu jednej figurki w godzinę (ponoć tyle czasu zajmuje to profesjonalistom) mogę zapomnieć. Mi zajmuje to dużo, dużo więcej. I w związku z tym na chwilę obecną w pełni pomalowane mam tylko dwa modele. I to też nie jakoś bardzo dobrze, co widać na załączonym obrazku.

Dark Angels

Company Master i Ravenwing Biker z meltagunem

A ponieważ lubię gothycką estetykę, zdecydowałum się na odejście od pokazanych w kodeksie barw Dark Angels na rzecz kolorów jeszcze mroczniejszych. Dodatkowo, żeby przynajmniej częściowo zamaskować niedobór zdolności manualnych, pokrywam figurki cieniem – kurzem pól bitewnych, błotem okopów i zaschniętą krwią heretyków.
Jednak nie samym tworzeniem armii szczur żyje. I w związku z tym zdecydowałum się w końcu ruszyć tłusty anus rodentum z Warszawy i zobaczyć na żywo ludzi, których poznałum w (około)autystycznym internecie.

W pierwszej kolejności wybrałum się na Śląsk, spotkać się z Riką z „Pięknych, Bestii i Aspergera”. W sieci zgadałuśmy się jakoś na wiosnę, w komentarzach o opuszczonych lub niedokończonych budynkach. Od tamtego czasu spędziłuśmy na pisaniu ze sobą wiele godzin, podczas których Rika okazała się bardzo tolerancyjną, wyrozumiałą i cierpliwą rozmówczynią. M.in. uspokajała mnie, gdy po zdecydowanie niemądrym wyskoku czekałum na koniec okienek serologicznych. I pomagała mi uświadomić sobie bezzasadność moich lęków, które pojawiały się każdorazowo, gdy złamałum zasadę, że nie piję alkoholu. Jednocześnie jednak gadałuśmy również o przyjemniejszych rzeczach, np. o ciekawych miejscach, które obu chcemy zobaczyć. I w efekcie spotkanie na żywo stało się kwestią czasu. Jak życie pokazało, niezbyt długiego, gdyż dwa tygodnie temu odpaliłum Potwora (bo jakież inne imię może nosić auto, które ma pod maską prawie 250 koni?) i skierowałum się na S8. W Piekarach Śląskich byłum po około 4 godzinach. Noc spędziłum w hotelu „Stara Kamienica”, który gorąco polecam, po czym pojechałum po Rikę i udałuśmy się do kopalni Guido.

Kopalnia Guido

Kopalnia Guido, poziom 320

Ponieważ poziom 170 (poziom św. Barbary) był akurat w remoncie, zwiedziłuśmy jedynie poziom 320 (miałuśmy ochotę na oba). Po czym zgubiłuśmy się i odnalazłuśmy na śląskich Autobahnach (których ponoć w Polsce nie ma), zjadłuśmy obiad w hotelowej restauracji (placki ziemniaczane były pyszne) i gadałuśmy do późna, po czym odwiozłum Rikę do domu, wypiłum kupione w kopalni lokalne piwo i poszłum spać. Następnego dnia niestety nie miałuśmy już tak dużo czasu, ale i tak pojechałuśmy do niedokończonego domu pod lasem.

Niedokończony dom pod lasem

Jak na opuszczone miejsce, w tym domu jest zadziwiający porządek. I m.in. dlatego nie napiszę, gdzie on się znajduje

Od Riki dostałum również prezenty: szczura Raula i kruka Paula.

Raul i Paul

Raul po lewej, Paul po prawej

Niestety, nie mogłum zostać na Śląsku dłużej, musiałum wracać do Warszawy. W której byłum po 4,5 godziny, jak zawsze po jeździe w dzień wkurzonu na kierowców, którzy jeżdżą tak, jakby mieli tylko jeden pedał – pedał gazu.

Z tego powodu na wystąpienie Katji z „Kociego Świata ASD”, które miało miejsce na Gdynia Games Festival tydzień później, pojechałum pociągiem (dwa główne wrażenia odnośnie Pendolino: 1) jest ciche; 2) kible w wagonach są tak małe, że po wejściu do środka cholernie trudno jest zamknąć drzwi). I po trochę ponad 3 godzinach jazdy, podczas których przeklinałum Play za brak dostępu do internetu (nie byłum nawet w stanie sprawdzić adresu Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego), znalazłum strasznie drogą taksówkę i szczęśliwie dojechałum na konferencję. Gdzie zaczęłum od zlokalizowania sali, w której Katja miała występować, i baru z Colą Zero. Niestety, organizatorzy GGF część poświęconą grom zrobili bardzo daleko od części poświęconej nowym technologiom, więc zdecydowana większość atrakcji mnie ominęła. Za to popływałum sobie wirtualnym statkiem rybackim po Bosforze, o mało co nie rozjeżdżając przy tym innego statku, dla odmiany pasażerskiego (tu pozdrawiam studentów Akademii Morskiej, którzy prezentowali na konferencji profesjonalny symulator jednostek pływających). Oraz, co ważniejsze, poznałum na żywo Katję, Lenę ze „Świata oczami Leny” oraz czytelników „Kociego Świata ASD” (i czasem również moich. Dziękuję za miłe słowa o moich tekstach!). Gwoździem programu była oczywiście prezentacja na temat symulatora autyzmu.

Prezentacja Katji

Slajd z prezentacji Katji

Katja poradziła sobie świetnie, co zresztą każdy może zobaczyć i usłyszeć. Po wystąpieniu natomiast przez godzinę rozmawiała z czytelnikami. Ja w tym czasie spróbowałum wirtualnej przejażdżki kolejką górską (Oculus Rift to naprawdę fajna rzecz. Podobnie jak kartonowe gogle VR zaprezentowane przez pana z firmy Dreamplex, który występował przed Katją). Po konferencji natomiast z Katją i Wiatrowskim.Be poszłuśmy do Green Waya i nad morze (Błyskawica stoi, gdzie stała. I nadal robi na mnie takie wrażenie, jakie robiła na mnie, gdy byłum dzieckiem). Po czym wszystku wróciłuśmy do domów.

I zabawna sprawa: Katja wielokrotnie pisała, że ludzie uważają ją za zjeba. Riki również wiele osób się o różne rzeczy czepia. Ja natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego. Cóż, widać moja norma jest niekompatybilna z normą większości społeczeństwa. Czy to dlatego, że samu jestem autystycznu, czy z innego powodu, okaże się już niedługo. Już niedługo bowiem albo będę miału oficjalną diagnozę, albo dowiem się, że żadnu ze mnie autyku, zwykłe arcybydlę jestem. Tzn. zwykłe jak zwykłe, jeśli psycholog do spóły z psychiatrą powiedzą mi, że nie mam ZA, zmuszonu będę poszukać innego wytłumaczenia swojej odmienności. W tym przypadku bowiem pytanie nie brzmi „czy?”, tylko „co?” I ZA / HFA / ASD oznaczałoby przynajmniej, że nie jestem tak zupełnie innu, bo jest wielu takich jak ja. Przy czym z mojego punktu widzenia to niewiele zmienia. Gdyby nie to, że mojego bloga czytają m.in. rodzice autystycznych dzieci, nie robiłubym sobie tej diagnozy. A tak, to muszę, żeby wiadomo było, na ile to, co piszę, dotyczy ich pociech / kłopotów.
Nawet jednak jeśli samodiagnoza okaże się błędna, jeśli jestem dziwacznym mutkiem, a nie autykum, to i tak pod jednym względem zadziałała: poznałum dzięki niej ludzi, których lubię i w dość dużym stopniu rozumiem.